Arytmia blog

Subiektywny Leksykon Płyt, Które Warto Mieć: Black Sabbath "Master of Reality"

Subiektywny Leksykon Płyt, Które Warto Mieć: Black Sabbath "Master of Reality", Agnieszka Prtoas , Arytmia, vinyl, winyl, ozzy osbourne
agnieszka protas
Agnieszka Protas
SLPKWMSubiektywny leksykon płyt

Bardzo ciężko było mi wybrać album, o którym będę pisać. Uwielbiam Black Sabbath, bo właśnie o nich dziś będzie. Przyznaję też, że jestem fanką tego zespołu tylko z okresu, gdy na wokalu był Ozzy Osbourne. A szczególnie pierwszej piątki płyt. Po długich namysłach wybrałam ich trzeci album czyli „Master of Reality”.

Jedno CD i dyskografia na kasetach

Opowiadając Ozzy’m i jego albumie solowym „No More Tears” chyba nie pozostawiłam cienia wątpliwości, że jest to dla mnie artysta wielki. Jednak, przed poznaniem jego płyt, najpierw całkowicie pochłonęło mnie Black Sabbath. Wszystko zaczęło się, gdy tata kupił mi płytę CD (dziękuję tato!). Była to składanka typu the best of. Miałam około 13-14 lat i jedynym kawałkiem ich, który kojarzyłam był „Iron Man”, nie przepadałam za nim wtedy i nie przekonuje mnie do dziś. Dlatego nie wiedziałam czego się spodziewać. Jednak bardzo szybko ta płyta stała się moją ulubioną. Po przesłuchaniu takich utworów jak „Black Sabbath”, „NIB”, „Children of the Greave” czy „Killing Yourself to Live” wiedziałam, że już po herbacie… przepadłam.
Od tamtej pory zaczęłam kupować kasety, żeby skompletować dyskografię Black Sabbath. Wtedy tylko na tyle mnie było stać z kieszonkowego. I szczerze mówiąc wcale nie potrzebowałam niczego więcej. To były czasy walkmanów, kaseta była tania i łatwo dostępna, a słuchawki w uszach zawsze obecne, na każdym spacerze czy w drodze do szkoły.

Z nieba czy spod ziemi?

Moja miłość do Black Sabbath trwa nadal, nie sądzę, że mogłoby się to kiedykolwiek zmienić. Zawsze, gdzieś z tyłu głowy było smutno, że nie zobaczę ich na żywo. Współpracę z Ozzy’m zakończyli wiele lat temu. Ale stało się coś, czego spodziewać się nie mogłam! Oto Black Sabbath ogłasza reaktywację!

Ukoronowaniem całej mojej przygody z nimi był ich krakowski koncert. Emocje niesamowite! Najgorsze było to, że przegapiłam sprzedaż biletów, nie miałam mediów społecznościowych, które bardzo ułatwiają życie w temacie dowiadywania się o różnych wydarzeniach. W momencie, w którym zauważyłam ogłoszenie o koncercie było już za późno. Nadszedł styczeń, moje urodziny i dostałam bilet w prezencie od męża. Tylko i wyłącznie dzięki niemu mogłam zobaczyć Black Sabbath na żywo, i to na pożegnalnej trasie. Do tej pory nie wiem w jaki sposób znalazł tę wejściówkę, czy ściągnął ją z nieba, czy wyciągnął spod ziemi.

Jestem bardzo związana z kilkoma albumami BS, zastanawiałam się bardzo długo, który z nich wybrać do opisania. Każdy ma w sobie coś innego i niesamowitego. Ostatecznie wszystko zakończyło się pojedynkiem między „Master of Reality” a „Sabbath Bloody Sabbath”. Jak już napisałam we wstępie – wybór był dla mnie ogromnie trudny.

Black Sabbath

Black Sabbath to zespół z Birmingham, założony w 1968 roku, grający hard rock, uznawany za pionierów heavy metalu. Dla wielu późniejszych zespołów wzór do naśladowania lub inspiracja. Nie jedna kapela przyznawała w wywiadach, że bez BS wcale by nie powstali. Pierwszy, utrzymujący się ponad 10 lat skład to:

  • Ozzy (John Michael) Osbourne – wokal
  • Tony (Anthony Frank) Iommi – gitara
  • Geezer (Terence Michael) Butler – bas
  • Bill (Wiliam Thomas) Ward – perkusja

Do spotkania panów doszło dzięki ogłoszeniu, w którym Ozzy szukał zespołu. Chociaż Osbourne już wiele miesięcy wcześniej poprosił o usunięcie komunikatu i się poddał. Stwierdził, że nie będzie mu dane jednak być wokalistą. W tamtym czasie kumplowali się z Geezerem, który dostał awans w pracy i wszystko ułożyło im się w całość. Porzucili muzykę.

Z ogłoszenia

Jednak okazało się, że jedna kartka została gdzieś za szybą i trafili na nią Bill Ward z Tonym Iommy’m. Pewnego dnia ktoś zapukał do drzwi Ozzy’ego. Okazało się, że to właśnie ta wspomniana wcześniej dwójka. Ozzy stanął jak wryty, gdy zobaczył Tonny’ego, rok starszego gościa ze szkoły, którego podziwiali za grę na gitarze. Wszyscy go znali, niestety on również w Osbourne’ie rozpoznał clownowatego kolesia ze szkoły. Stwierdził, że to idiota i mimo namów Billa zaczął się oddalać. Jednak nagle Ozzy zauważył prawą rękę Tony’ego i zapytał go co się stało.

Tak wywiązała się rozmowa, która przełamała lody. Iommi opowiadał, że pracował przy blachach i spawaniu. Został przydzielony do cięcia metalu i obciął sobie opuszki dwóch palców. Jako, że muzyk jest leworęczny i trzyma gitarę odwrotnie, musiał znaleźć sposób na przyciskanie strun. Zwolnił tempo gry, używał nakładek na palce i obniżył napięcie strun. Tak właśnie powstało niespotykane nigdy wcześniej, niesamowite brzmienie Black Sabbath.

Wracając do historii, Tony postanowił dać Ozzy’emu szansę, przekonywany też przez Billa.

Subiektywny Leksykon Płyt, Które Warto Mieć: Black Sabbath "Master of Reality"

Polka Tulk

Ostatecznie wylądowali na całą noc w wanie rozmawiając o tym, co już było i o tym, co może być. Tony powiedział, że pierwsze czego im trzeba to znaleźć basistę i wymyślić nazwę. Ozzy rzucił, że zna Geezera, muzyka grającego na gitarze rytmicznej i stwierdził, że będzie musiał się nauczyć gry na basie (dorzucając, że co w tym trudnego, przecież to tylko cztery struny).

Pierwszą nazwą zespołu było Polka Tulk Blues Band. Została ona zaproponowana przez Ozzy’ego, który stwierdził, że ma jedno specjalne miejsce, w którym wpadają mu do głowy tylko dobre pomysły. Siedząc w tym szczególnym pomieszczeniu zobaczył przed sobą na półce talk swojej mamy – stąd Polka Tulk. Próby wychodziły im całkiem dobrze, Ozzy okazało się, że jednak umie śpiewać, a Geezer odkrył w sobie talent basisty. Pierwszy koncert odbył się w Carlisle na dorocznym dansingu nastolatków i dwudziestolatków. Chłopaki musieli przejechać osiem godzin w deszczu, rozpadającym się wanem, w którym nie działały wycieraczki. Ale było warto. Koncert wypadł rewelacyjnie, chociaż po występie nie obyło się bez awantury i spuszczenia łomotu jednemu kolesiowi, który się do nich przyczepił.

Kolejne zmiany

Po jakimś czasie nazwę zmieniono na Earth. Gdyby nie rodzice Tony’ego, którzy mieli sklepik, zespół dawno przestałby istnieć. Jak mówi Ozzy, zwyczajnie umarliby z głodu. To mama i tata Iommiy’ego dawali im to fasolkę, to jakieś kanapki, a czasem i pieniądze na benzynę.

Pierwszy większy koncert był całkowicie przypadkowy. Ozzy już nie pamięta dokładnie gdzie to było, ale zastąpili Jethro Tull na scenie. Zespół nie dojechał. Chwilę po wybiciu godziny, o której wszystko miało się zacząć Tony podszedł do kierownika sali i zaproponował, że mogą wystąpić. Mają wszystko ze sobą. Tak duża grupa ludzi poznała Earth, okazało się, że nawet Ian Anderson zjawił się na tym koncercie (prawdopodobnie udało mu się złapać stopa, żeby powiedzieć, że utknęli w trasie). Wielkim plusem jego obecności było to, że spodobało mu się jak grali. Jednak taki sam był minus, bo jakiś czas później zaproponował Tony’emu, żeby został gitarzystą Jethro Tull, a ten się zgodził.

Tej maszyny nikt już nie zatrzyma

Na szczęście przygoda Tony’ego z Ianem i jego kapelą nie trwała długo. Chłopaki z Earth myśleli, że całkowicie oszalał wracając do nich. Jednak przyniósł ze sobą sporo doświadczenia, jak na tak krótki okres, i kazał się wszystkim wziąć do roboty. Ich managerem został Jim Simpson, który od razu wpisał ich na europejską trasę. Oczywiście wybrali się w nią swoim rozpadającym wanem, który psuł się bezlitośnie. Po drodze stwierdzili, że nazwa Earth jest beznadziejna, to pierwsze. Po drugie istnieje już inny zespół pod tą nazwą i zmienili ją na Black Sabbath.

13 lutego 1970 roku światło dzienne ujrzała pierwsza płyta Black Sabbath, pod takim samym tytułem. Chociaż krytykom album się nie spodobał to publiczność miała całkiem inne zdanie. W ten sposób otwarte im zostały drzwi do kariery. Dorzucili do tego czarny image z żelaznymi krzyżami, które dla każdego zrobił tata Ozzy’ego.

Drugim albumem był „Paranoid” przy którym na koncerty przychodziły już tłumy.

Pierwsze dwie płyty sprzedawały się fantastycznie zarówno na Wyspach, jak i w USA. Wtedy też pojawiły się w zespole spore ilości narkotyków i alkoholu. Oczywiście najgorzej było z Ozzy’m , który nie pamięta prawie nic z okresu nagrywania „Master of Reality”. Palił trawę, pił wódkę, brał kokainę i odurzał się czymkolwiek, w tym syropem na kaszel.

Zespół był kojarzony z satanistani i okultystami. Jednak chłopaki się od takich rzeczy całkowicie odcinają i odcinali. Członkowie Black Sabbath często opowiadają, że zaczepiali ich dziwni ludzie, że nie raz sprawili niektórym „zawód”, bo na koncercie okazywało się, że wcale nie są tacy mroczni jak przyklejona do nich etykietka. Podobno kilka razy też myśleli o zmianie nazwy, żeby nie kojarzyła się w taki sposób. Za namową swojego managera zostawili jednak tę, jako, że doszli już zbyt daleko. Sam Ozzy wspomina, że gdy ktoś go zapraszał na „tajemne” wydarzenia odpowiadał:

„… Jedyne złe duchy, które mnie interesują nazywają się whisky, wódka i dżin…”
black sabbath, książka, teksty

Album „Master of Reality” został wydany 21 lipca 1971 roku. Już trzeci raz produkcją zajął się Roger Bain. I oczywiście był to kolejny album słabo przyjęty przez krytyków, co znów nie przeszkadzało fanom. Płyta znalazła się na piątym miejscu w Wielkiej Brytanii oraz na ósmym w Stanach.

To właśnie na tym albumie Iommi jeszcze bardziej obniżył dźwięk gitary, do niego dostroił się Geezer co nadało całości bardzo ciężkiego, doomowego charakteru. Przy pracy na „Master of Reality” zespół miał w końcu czas na nagranie materiału w spokoju. Wcześniejsze krążki to były przede wszystkim utwory grane jeszcze z czasów Polka Tulk i Earth, przywodzące bluesowe klimaty. Teraz nadszedł moment, w którym zaczynali bardziej eksperymentować z dźwiękami. Wiedzieli i potrafili coraz więcej.

Subiektywny Leksykon Płyt, Które Warto Mieć: Black Sabbath "Master of Reality"
Strona A

„Master of Reality” rozpoczyna się kaszlem Tony’ego, który został zarejestrowany przypadkowo po tym jak zaciągnął się trawą. Piosenka „Sweat Leaf” jest hymnem ku czci marihuanie. Może tematyka to nie moja bajka, ale riff gitarowy jest tu niesamowicie ciężki i spowolniony tak, że czasem można odnieść wrażenie, że zaraz się zatrzyma. Rewelacyjna surowa jazda.

Kolejny to „After Forever” swoim chrześcijańskim przesłaniem zaskoczył nie jedną osobę. Dla mnie jeden ze słabszych.

Miniaturka na gitarze „Embryo” jest bardzo dobrym uspokojeniem i wstępem do jednego z najlepszych utworów jakie Black Sabbath kiedykolwiek nagrało, mianowicie do „Children of the Grave”. Piosenka ma ciekawą budowę, bo przede wszystkim składa się z fantastycznego riffu, rozpędzonego niczym ołowiana maszyna. Dostajemy tu porywającą perkusję, która momentami jest wyciągnięta na pierwszy plan. Pod koniec pierwszej połowy utwór zostaje przecięty potężną mroczną wstawką, która buduje cały klimat. Końcówka brzmi złowrogo i psychodelicznie. Do tego tekst o tematyce, którą lubię. To kontynuacja antywojennych haseł z wcześniejszego albumu „Paranoid”. I właśnie takie słowa do mnie przemawiają. Bo i ja nie chcę żyć w strachu przed atomem, nie chcę żeby dzieci jutra żyły w dzisiejszych łzach. I jak śpiewa Ozzy: musimy być odważni i pokazać światu, że miłość wciąż żyje.

Strona B

Drugą stronę otwiera instrumentalny „Orchid” dający chwilę wytchnienia. I teraz już czas na kolejne czarne perły albumu.

Na „Lord of This World” znów wraca spokojne równe tempo sekcji rytmicznej i ciężka gitara. Dla mnie najważniejsza jest w tym utworze linia basu, zresztą na całym krążku czuć, że Geezer Butler zaczął grać odważniej i bardziej eksperymentować. Na mnie taka gra robi piorunujące wrażenie i pokazuje jak ogromny potencjał drzemie w tych czterech strunach.

„Solitude”, najbardziej zaskakująca pozycja na albumie. Ballada, na której ciężko rozpoznać głos Ozzy’ego, który śpiewa o dołujących uczuciach, gdy ktoś Cię zostawia. Tony gra nie tylko na gitarze, ale i na flecie oraz pianinie, a Bill złapał za dzwonki sań. Osobiście uwielbiam ten Sabbatowy poruszający romantyzm. Tak piękny i przepełniony smutkiem.

Ostatni, grubo ciosana wisienka na torcie, to „Into the Void”. Już od pierwszych taktów wiemy, że czeka nas coś potężnego. Dźwięk muzyki jest bardzo niski, ciemny. Zderzając go z całkiem szybkim i rytmicznym wokalem Ozzy’ego muzycy otrzymali doskonałość prosto spod ciemnej gwiazdy.

Dla mnie ten utwór to majstersztyk. Pamiętam jak moja mama zawsze stukała w ścianę, gdy puszczałam tę piosenkę. Nie po to, żebym przyciszyła , a po to by zrobić głośniej!

Kolejny raz też tekst zwraca się ku temu, co się dzieje na naszej planecie. Nasz świat pełen jest cierpienia, wojen i bólu. Jedynym wyjściem jest zostawić to wszystko i uciec w kosmos, żeby wybudować dom tam , gdzie znajduje się miłość.

Mój (i nie tylko) świat w kolorze czarnym

Black Sabbath to klasyka i klasa sama w sobie. To najważniejszy zespół dla Billy’ego Corgana z The Smashing Pumpkins, wzór dla zespołu Metallica, Judas Priest uważają, że to właśnie od BS wszystko się zaczęło. To tylko pierwsze przykłady, które przychodzą mi do głowy. Wielu uważa, że to właśnie oni stworzyli heavy metal, że bez nich (a szczególnie tu mają na myśli „Master of Reality”) nie byłoby doom-metalu.

A dla mnie to kawał historii. Najważniejsza część mojego muzycznego świata. Muzyka i teksty, które uformowały moje wnętrze i zbudowały specjalny rodzaj mojej wrażliwości.
„Master of Reality” to tylko jedna z płyt Black Sabbath, które warto mieć. Wydaje mi się, że jedna z najciekawszych, najcięższych, a już pewna jestem, że wyznaczająca nowe drogi zarówno dla samego zespołu, jak i dla rzeszy artystów.

Pozdrawiam,

Agnieszka Protas - Arytmia

Powiązane tematy

Zobacz więcej wpisów w tych kategoriach, aby pogłębić wiedzę o scenie i wykonawcach.